— Chodźmy po policję! — krzyknęła doktorowa. — To wariat! Basiu, pójdziesz z ciocią?
— Nie pójdę! — oznajmiła Basia spoza głowy Olszowskiego. Trzy kobiety zaczęły spoglądać na siebie bezradnie, wreszcie pani Tańska powiedziała:
— Czy pan pozwoli, abyśmy się naradziły w przyległym pokoju?
Nie czekając na odpowiedź, wskazała laską swojej armii drzwi na lewo. Olszowski został sam z Basią w ramionach i tulił ją przez chwilę gorąco do piersi. Potem zawołał ściszonym głosem:
— Panie Szot!
— Wyrwała mi się... — zaczął aktor.
— Niech ją pan weźmie i lepiej pilnuje. Te panie naradzają się.
Czekał cierpliwie przez pół godziny, nasłuchując zmąconych głosów damskiego sejmu. Narady musiały być burzliwe i namiętne, czasem bowiem tryskał w górę podniecony głos pani Budziszowej i słychać było uderzenie o podłogę marszałkowską173 laską babci.
Wreszcie otworzyły się drzwi i kobiety wyszły z powagą. Pani Tańska, zająwszy swoje dawne miejsce, ogłosiła urzędowym głosem:
— Panie Olszowski! Sprawa jest przykra, a wobec pańskiego uporu niemal rozpaczliwa. Pan nie chce oddać dziecka, a my je musimy odebrać. Mogłybyśmy oczywiście zażądać pomocy prawa i jak pani doktorowa słusznie twierdzi, „dokończyłby pan swe życie w kajdanach, na więziennej słomie”... Uczyniłybyśmy tak niewątpliwie, gdybyśmy miały do czynienia z brutalem. Ja jednak wzięłam pana w obronę, bo jestem wzruszona pańskim przywiązaniem do dziecka.