— Dziękuję — bąknął Olszowski.

— Nie ma za co... Zdaje się, że jest pan porządnym człowiekiem, chociaż w tamtym pokoju kurz leży co najmniej od dwóch tygodni, a nad piecem jest pajęczyna... Policja tutaj na nic. Będzie awantura i więcej gadania, niż potrzeba. Aktorzy narobili bigosu, ale po co my wszyscy mamy się ośmieszać na scenie? My posiadamy do dziecka prawo formalne, pan powołuje się na prawo serca. Czy nie uważa pan, że można by tę sprawę załatwić ugodowo?

— W jaki sposób? — spytał Olszowski z niepokojem.

— Przez sąd polubowny174. Zaprosimy dwóch niezainteresowanych ludzi i niech nas sądzą. Przecież to chyba uczciwe?

Olszowski zamyślił się głęboko. Rozumiał dobrze, że ta rozsądna staruszka mówi mądrze i że jego sprawa będzie przegrana, jeśli ją będzie sądzić prawo. Pomyłka wyjdzie na jaw, doktorowa złoży przysięgę i będzie po wszystkim: odbiorą mu Basię na zawsze. Jego serdeczne przywiązanie i jego miłość nie wzruszą prawa, za to w sądzie polubownym można pokładać jaką taką nadzieję.

Potarł gwałtownie ręką czoło.

— Niech się pan nie upiera — usłyszał tuż przy sobie cichy, głęboko wzruszony głos panny Stanisławy. — To dziecko jest i tak już bardzo nieszczęśliwe, po cóż jeszcze wnosić w jego smutne życie niezgodę, spory i jałową wojnę? Ja widzę, jaki pan jest dobry... Niech Bóg panu zapłaci za miłość do tej maleńkiej... Dlatego nie chciałabym, abyśmy się rozeszli w gniewie... Może się uda znaleźć jakieś możliwe wyjście z tej niemożliwej sytuacji...

— Słyszy pan? — huknęła Budziszowa, bliska łez z wielkiego rozczulenia. — Sama mądrość mówi przez tę panią.

— Ona ma to po mnie — rzekła skromnie babcia.

— Więc jakże, drogi panie? — spytała prawie szeptem panna Stanisława.