Olszowski był blady i miał taką minę, jakby nasłuchiwał głosów z daleka.

— Dobrze! — rzekł krótko.

— Gdybym nie miała siedemdziesięciu lat, zakochałabym się w panu! — ogłosiła babcia. — Zresztą bardzo mi pan przypomina jednego mego kuzyna, który spadł z konia i skręcił sobie kark.

— Co mam zrobić? — spytał Olszowski niecierpliwie.

— Niech pan zaprosi jednego ze swych przyjaciół i przyjdzie do mnie jutro o piątej. Ja zaproszę kogoś z naszej strony. Ale, ale... Czy pan da mi słowo, że pan dziecka nie ukryje ani go nie wywiezie?

— Babciu! — krzyknęła panna Stanisława.

— Zdarzały się już takie wypadki — tłumaczyła pani Tańska. — Mnie też chciano porwać... Wprawdzie miałam wtedy już dwadzieścia lat, ale chciano. No, już dobrze, dobrze... Niech pan tylko nie daje Basi tyle słodyczy. Lepiej raz na dziesięć dni, na przeczyszczenie. Ja dożyłam siedemdziesięciu lat, bo dawniej... Ale to wszystko jedno.

Wyrok sądu polubownego:

„Zważywszy trudną do rozwikłania zawiłość sporu i obustronną dobrą wolę, mającą na względzie jedynie szczęście dziecka, my, podpisani, orzekamy: Barbara Bzowska ma przebywać — aż do dnia uzyskania pełnoletności lub odnalezienia bliższej rodziny — przez miesiące parzyste u Stanisława Olszowskiego, a przez miesiące nieparzyste u Stanisławy Olszańskiej. Obu stronom przysługuje prawo zamiany tych terminów, przedłużania ich i skracania po uprzednim porozumieniu. Zarówno p. Olszowski, jak i p. Olszańska przyrzekają dziecku najtroskliwszą opiekę i usilne starania o zdrowie jego duszy i ciała. W razie sporów, które nie mogą być przewidziane, obie strony wezwą zawsze sąd polubowny.

Podpisano: