Pan Olszowski serdecznie go przepraszał i pocieszał.

— Nawet ja pana nie poznałem — mówił. — Ale to dziecko tak pana kocha, że rozpoznałoby pana nawet w przebraniu diabła. Pan jest świetnym aktorem, a Basia jest nieznośną dziewczynką.

— Wczoraj kilkoro pędraków omal nie zemdlało na widowni! — rzekł z dumą Walicki.

Basia, której pan Olszowski wytłumaczył, że nie wolno było króla Heroda ciągnąć za brodę, wycałowała oblicze aktora, odnosząc dość niejasne wrażenie, że całuje szczotkę ryżową, więc morderca niewinnych młodzianków rozrzewnił się i obiecał, że już będzie dobry i nie będzie dybał195 na niewiniątka.

Babcia Tańska tak się śmiała z tej awantury, że kucharka musiała ją mocno trzymać, aby się kobiecina nie rozleciała. Przyszedłszy jednak do równowagi i do przyrodzonego rozsądku, udzieliła panu Olszowskiemu zbawiennych rad.

— Po co pan smarkulę prowadzi do teatru? Co to za pomysł? Ja byłam w teatrze po raz pierwszy, gdy doszłam do pełnoletniości, a przecież zemdlałam, kiedy na scenie jakiś dziki Murzyn zadusił swoją biedną żonę.

— Otello196! — śmiał się pan Olszowski.

— Ach, to pan zna tę sztukę? — zdziwiła się babcia, patrząc na niego z szacunkiem. — Myślałam, że już wszyscy zapomnieli o tym sztuczydle, bo to przecież grali przed pięćdziesięciu laty. Gdyby to teraz wystawiali, ten Walicki nie tylko że zadusiłby niewinną kobietę, ale by jej jeszcze dla wszelkiej pewności poderżnął gardło scyzorykiem. Zaprosiłam go na niedzielę na obiad, ale pod warunkiem, że przyjdzie z przyprawioną brodą. A wie pan, co mi ten Herod odpowiedział? Powiada: „To zbyteczne, proszę pani! U pani i bez tego można często znaleźć włos w zupie!”. Taki opryszek! Ale ja go lubię... Pan też niech przyjdzie, bo będzie indyk. Rodzice Stasi przysłali... Pewnie zdechł, bo teraz na indyki przyszła jakaś cholera, ale kto nie wie, ten zje.

Pan Olszowski nie zjadł jednakże indyka ani też pan Walicki nie przyczepił sobie sztucznej brody, bo stało się nieszczęście.

W piątek wieczorem zadzwonił telefon w mieszkaniu pani Tańskiej.