— Basia zachorowała! — mówił zdławionym głosem pan Olszowski. — Niech panna Stanisława...
— Już jedziemy! — krzyknęła babcia, nie pozwoliwszy mu dokończyć.
Panna Stasia nie mogła za nią nadążyć. Starowinka biegła przez ulice, nie zwracając na nic uwagi, byle szybko znaleźć auto. Po upływie dziesięciu minut zapytała, zdyszana:
— Co się stało, na Boga?
Dziewczynka była bardzo chora. Leżała rozpalona i niewiedząca o świecie. Krótko obcięte, płowe włoski, rozrzucone na białej poduszce, wyglądały jak żytni197 wianuszek dokoła głowy. Rozchylone usteczka z trudem piły powietrze.
Pan Olszowski miał przerażenie w oczach i patrzył z niepokojem na lekarza, pochylonego nad Basią.
— Zapalenie płuc... — szepnął ten ostatni po chwili.
— O Boże! — jęknęła panna Stanisława.
Babka spochmurniała. Spojrzała na lekarza i spytała groźnie szeptem:
— Czy pan jest dobrym lekarzem?