Lekarz spojrzał na nią z głębokim zdumieniem.
— Mam wrażenie, szanowna pani...
— Bo jeżeli sam pan nie poradzi, zawezwie się dwóch... Trzech...
— Myślę, że ja wystarczę, jeśli jednak szanowna pani...
— Daj pan spokój z tą „szanowną panią”... Niech się pan nie gniewa. Gadam głupstwa ze strachu, bo ja mam siedemdziesiąt lat. Czy to groźne?
— Nie będę ukrywał...
Pani Tańska załamała się i tak nagle osłabła, jak gdyby jej podcięto nogi.
— Panie doktorze... — mówiła słabiutkim, wymęczonym szeptem. — Niech pan ratuje to dziecko... To sierota... I cała nasza pociecha.. . Bóg panu zapłaci... No i ja też!... Niech ją pan ratuje!
— Uczynię, co tylko jest w ludzkiej mocy — odrzekł lekarz, wzruszony. — Śliczne, biedne dziecko!
Spojrzał z żywym współczuciem na trzy zalękłe twarze i serdecznie, zachęcająco uśmiechnął się do każdej.