— Proszę mną rozporządzać... — mówił. — Zjawię się o każdej porze, w każdej chwili.

Potem odbył długą naradę z babką w osobnym pokoju.

Nie było można przenieść dziecka do mieszkania pani Tańskiej, więc dom Olszowskiego zamieniono w sanatorium, na którego czele stanęła ona. Po krótkiej, zalękłej chwili słabości odzyskała swoją czerstwą198, wspaniałą energię. Juliusz Cezar199 w najsroższej bitwie z Wercyngetoryksem200 nie dowodził genialniej niż ona. Siódme poty biły na Michałka, a panna Stanisława i Olszowski przypominali Murzynów z najczarniejszych czasów niewolnictwa. Dzielna starowina walczyła o życie dziecka z dziką pasją. Gdyby mogła była ujrzeć na własne oczy wciąż zbliżającą się śmierć, byłaby jej porachowała kości201. Przez kilka nocy nie zmrużyła oka, czujna na każdy szelest i na każde, najcichsze westchnienie Basi. Nie trzeba mu było mierzyć gorączki jakimś głupim termometrem — wrażliwa jak najczulszy przyrząd, kobieca ręka pani Tańskiej, położona na piersi dziecka, zdawała się nieomylna. Sędziwa202 matka kilkorga dzieci znała dobrze wszystkie podstępne sposoby śmierci i wszystkie metody unikania jej pajęczych zasadzek.

Wspaniałe, wilcze, zawsze gotowe do śmiertelnej walki macierzyństwo obudziło się w niej raz jeszcze. Gorącym blaskiem rozzłociła się iskra w spopielałym życiu. Tylko ona naradzała się z lekarzem, tylko ona tkwiła przy drobnej, bezbronnej istocie jak żołnierz na warcie — opanowana, rozumna, zbrojna w siwe doświadczenie. Wesołe jej oczy spoglądały teraz twardo i ostro.

— Nic tu po was! — rzekła do panny Stasi i do Olszowskiego.

Oni też czuwali ustawicznie. Panna Stasia miała podkrążone z bezsenności oczy, a Olszowski, milczący i ponury, nie wiedział, co ze sobą począć. Teraz zrozumiał, jak bardzo kochał to dziecko. Nie mógł ani czytać, ani pisać. Patrzył rozrzewnionym, najtkliwszym wzrokiem na tego bezbronnego ptaka, nad którym pływa śmierć — bystrooki jastrząb. Czasem wybiegał na godzinę, aby zanieść wiadomość Walickiemu, Szotowi i swoim przyjaciołom. Babce całował ręce i bez jednego słowa cisnął je do swoich piersi.

Przyszła taka jedna noc, ta najgorsza, podczas której śmierć waha się: odejść czy pozostać? W pokoju Basi czuwała pani Tańska z lekarzem, który nie odchodził ani na chwilę. Olszowski siedział w gabinecie z panną Stanisławą i czekał. Milczeli oboje, patrząc sobie w oczy w nagłym przerażeniu, ile razy usłyszeli jakiś szmer.

Nad ranem babka stanęła we drzwiach. Miała promienie w oczach.

— Uratowana! — ogłosiła jakby z radosnym jękiem.

Olszowski tkwił przez moment na miejscu, jak gdyby nie mógł się poruszyć, a potem, zerwawszy się niespodziewanie, chwycił zdumioną babkę w ramiona i zaczął ją całować. Śmiał się, chociaż miał łzy w oczach.