— O babciu! Babciu! — gadał ze zdyszanym pośpiechem.
Pani Tańska, śmiejąc się, usiłowała wydobyć się z jego uścisku.
— Niech pan przestanie całować starą babę! Wprawdzie jestem przystojna, ale już dość... Już dość! A idźże pan do licha!
Babcia, wytrwawszy na pozycji prawie że straconej, zaczęła odsypiać wszystkie noce, pozostawiwszy na straży swoją wierną gwardię. Panna Stasia spędzała przy Basi całe dnie, zaś Olszowski z pielęgniarką — noce. Łajdacko mądry Kibic, osowiały203 dotąd i smutny na wygnaniu w kuchni, zrozumiał, że można już zawyć radośnie, i został dopuszczony do dziewczynki. Zanim zdołano go powstrzymać, w obłąkanym napadzie radości polizał jej nos i policzek, bladziutki jak mgiełka. Zrzucony przemocą z łóżka, wykonał wspaniały „taniec ogona”, bardzo wymyślny i urozmaicony.
Basia wracała do zdrowia powoli i zdawało się, że z promienistą ciekawością rozgląda się po świecie. Na jej ustach zakwitł uśmiech jak krokus. Potem zaczęła szczebiotać.
— Prędko wyzdrowieje, bo dużo gada — oświadczyła babka. — Prawdziwa kobieta, musi sobie odbić wszystkie stracone słowa.
Potem zaczął przychodzić wujcio Herod Walicki, aby i panna Stasia, i Olszowski mogli odpocząć. Urządzał dla Basi całe przedstawienia, wywracał oczami, ruszał uchem i włosami i zgrzytał tak cudownie, że dziewczynka płakała z radości.
Jednego dnia z obiadu u pani Tańskiej przyszli wszyscy troje razem.
— Co się tam dzieje, u Boga Ojca! — zapytała babka w przedpokoju.
Z pokoju Basi wylatywał ryk rozsrożonej burzy — słychać było bulgotanie piorunów i poświsty wichru, głuche warczenia lwa oraz przeciągły skowyt wilka.