— Pan byłby doskonałą niańką — rzekła serdecznie panna Stasia. — Dziecko jest rozradowane...
— U ludożerców zrobiłby karierę — mruknęła babcia.
Uśmiechnęła się jednak do zacnego aktora.
— Panie Antoni — rzekła. — Niech pan jutro do mnie zajdzie, będą pączki.
— Nie mam armaty — odrzekł Walicki głucho. — A pączki u pani przypominają armatnie pociski. Ale przyjść mogę... — dodał śmiertelnie smutno. — Wszystko mi jedno, od czego umrę...
Tego wieczoru słońce zachodziło bogato, jak gdyby zamierzało ogrzać pokrytą śniegiem ziemię. Złotą, drżącą smugą czepiało się dachów, jakby chciało się tą pajęczą nitką związać ze światem, na który czyhała noc. Babka podreptała do domu, po raz pierwszy wiedząc dokładnie, dokąd się śpieszy. Panna Stasia usiadła z jednej strony przy łóżku Basi, a Olszowski z drugiej. Było bardzo cicho i przytulnie. Kibic w głębokiej zadumie rozmyślał przy ciepłym piecu o ważnych psich sprawach.
— Dobrze ci, Basieńko? — spytał pieszczotliwie Olszowski.
— Byczo208! — odrzekła Basia.
— Co takiego? Co to znaczy: „byczo”? Kto cię tego nauczył?
— Wujcio Herod. A bo co? A o cioci Stasi mówił: „morowa209 dziewica”. To bardzo śmieszne! I jeszcze mówił, że „zje diabła, kto da babci radę!”.