Nowy ryk rozległ się przeraźliwie.
— Słyszysz? Ten zwierzak po śmierci zachował swoje zwyczaje. Trzeba dokończyć kiełbasy, bo będzie ryczał przez całą noc i nie da nam spać.
Spali jednak doskonale na sianie, po raz pierwszy od wyjścia z domu. Skoro zaś tylko zaczęło szarzeć na świecie, powstali czym prędzej i wymknęli się na plac przed pałacem, gdzie już od wczesnego rana zbierali się współzawodnicy.
Plac był wspaniale udekorowany chorągwiami ze starych gazet i girlandami135 z jodłowych gałęzi. Zaczął się szybko zapełniać tłumem współzawodników, starych, młodych i w średnim wieku. Porządek utrzymywali jacyś czcigodni ludzie, bardzo zatroskani; niektórzy z nich wysypywali drogi piaskiem albo podtrzymywali chwiejące się chorągwiane żerdzie. Byli to uczeni, poeci, muzycy i malarze, których, jako że w wielkiej sztuce biegania na długi dystans na nic nie byli przydatni, używano do tych robót, jak to jest w powszechnym zwyczaju wśród ludzi, dla których nogi więcej znaczą niż głowa. Dlatego też czcigodne osoby miały na twarzy wiele smutku, o tym zapewne rozmyślając, że na nogach można przeskoczyć rów, ale nie można dostać się do nieba, gdzie mieszka mądrość. Może też i o tym myśleli, że koń jeszcze lepiej biega od człowieka, ale nigdy nie napisał mądrej książki ani też nie namalował pięknego obrazu, a wszyscy mieszkańcy tego miasta zapragnęli zmienić się w konie albo zgoła136 w zające.
Wybiła wreszcie godzina ósma.
Ponieważ w tym mieście nie było zegara, przeto na wieży namiestnikowskiego pałacu wymalowano zegarową tarczę, na której wskazówki były poruszane ręką, a silny człowiek, uderzając młotkiem o dziurawy rondel, z ukrycia naśladował dostojny dźwięk zegara. Czasem mylił mu się rachunek i po godzinie pierwszej wybijał po raz drugi dwunastą, ale nikt sobie nie brał tego do serca. Tego dnia jednakże człowiek-zegar starał się być punktualny i godzinę ósmą wybił donośnie i dźwięcznie. Kiedy zaś przebrzmiało ostatnie uderzenie, otwarto pałacowe podwoje137, z których wyszedł najpierw ciężki zapach pomady, a tuż za nim namiestnik we własnej osobie, za czym jego świta, wasale i rycerze, dziewice i matrony138, heroldowie139 i sędziowie. Jeden z paziów140 niósł na purpurowej poduszce kubek do jaj, a drugi, na błękitnej, scyzoryk.
Na widok namiestnika tłum zakrzyknął:
— Niech żyje hrabia Mortadella!
On skłonił się łaskawie, potem usiadł i zaczął spozierać po tłumie współzawodników. Ponieważ dzień uroczysty był wolny od rozpraw sądowych i od wydawania wyroków, hrabia nie był zmuszony do przymykania jednego oka, więc ukazał się bez czarnej przepaski, tak że jego oczy były widoczne w całej okazałości. Wodził tedy łaskawym spojrzeniem, witając przybyszów z dalekich stron i obcych miast uśmiechem pełnym uprzejmości, aż wreszcie dojrzał Placka.
— Kto jest ten młodzieniec w czerwonych majtkach, który ma taką twarz jak indycze jajo? — zapytał ciekawie.