W mig przyniesiono papierową torbę, którą nadął jeden z rycerzy, mający mocne płuca i długi oddech.

— Baczność! — zawołał hrabia.

Ustawiono szybkobiegaczy, a uczeni ludzie usunęli się czym prędzej z pola.

— Raz, dwa, trzy! — krzyknął namiestnik i wystrzelił z torby.

Tłum współzawodników runął przed siebie jak gromada z nagła przerażonych baranów: każdy z nich wytrzeszczył oczy, a niektóry wywiesił język jak czerwoną flagę, co zapewne pomaga przy wielkim wysiłku, i pognali, aż się za nimi zakurzyło.

— Gdzie jest młodzian w czerwonych majtkach? — zapytał hrabia.

— Na przedzie! — zakrzyknęły dziewice.

— Oby został zwycięzcą! — rzekł hrabia, pomyślawszy równocześnie, że takiemu smykowi można by dać kieliszek do jaj, a zamiast scyzoryka uśmiech, o który tak pięknie prosił.

Tłum współzawodników zniknął mu z oczu, gdyż mieli, krążąc przez pola i lasy, obiec miasto dokoła.

Placek, który świetnie biegał, znajdował się z początku na czele długiego węża biegnących, następnie jednak, niewidocznie i ostrożnie, zaczął powoli zostawać w tyle, kiedy zaś przestano na niego w ogólnym zapamiętaniu zwracać uwagę, obejrzawszy się pilnie, uskoczył jelenim susem w bok i zapadł w boczną ulicę. Nikt nie dojrzał tego czynu wielokrotnego rekordzisty, wszyscy bowiem byli zajęci sobą, nikt też nie widział, że kiedy pochód obłąkańców począł zbliżać się do mety, wtedy z przydrożnego drzewa na sto kroków przed nimi zsunął się Jacek i począł jak zając gnać na czele zdyszanego orszaku.