Wrzask na cześć niewidzianego dotąd zwycięstwa podniósł się tak niezmierny, że się powietrze zakotłowało aż pod niebo. Krzyczeli wszyscy, nawet hrabia, nawet zdyszani współzawodnicy, choć szeroko otwartymi ustami z trudem chwytali powietrze. Niektórzy z nich, ci przede wszystkim, co utracili swoją wielką sławę, patrzyli ponuro, niemniej jednak zdumieni: nie zdarzyło się bowiem dotąd, aby ktoś potrafił wyprzedzić wszystkich o tak wielką odległość i przyjść do mety bez zmęczenia. Tym więcej było to godne podziwienia143, że zwycięzcą był niepozorny chłopak.

— Albo jego ojciec — mówili między sobą — był zającem, albo to są jakieś czary.

Po całym mieście, po wszystkich zaułkach i po wszystkich domach gruchnęła wieść, tocząc się zgiełkliwie jak wóz po moście, że zwycięstwo osiągnął piegowaty chłopak w czerwonych spodenkach. Każdy biegł szybko, aby ujrzeć jego i uroczystość wręczenia nagrody.

Najbliżej stojący porwali Jacka w ramiona i nieśli go przed oblicze hrabiego, który, bardzo rad, że sława tak niezwykłego rekordu spadnie jak rzęsisty deszcz na jego miasto, wygłosił wśród wielkiej ciszy stosowne przemówienie, po czym kazał Jackowi przyklęknąć, włożył mu na rozmierzwiony łeb równie rozmierzwiony wieniec z choiny, potem dodał:

— A teraz wręczam ci wielką nagrodę, o którą walczyli przedstawiciele całego świata. Przyjmij ten kubek do jaj i zachowaj go szczęśliwie do końca życia!

— Niech żyje! — wrzasnął tłum.

A Jacek poczekawszy, aż się uciszy, rzekł z czcią:

— A gdzie jest scyzoryk, dostojny hrabio?

Zlękli się wszyscy, mniemając, że hrabia się rozgniewa, on jednak rzekł łaskawie:

— Ach, prawda, zapomniałem o scyzoryku! Dobrze, że mi to przypomniałeś!