— Łaski! — błagał Placek.
— Tysiąc dziesięć! — krzyknął hrabia.
Ten zgiełkliwy dzień, pełen głosów i wrzawy, zagrzmiał raz jeszcze: od bram miasta ozwał się donośny głos trąb. Przerwano na chwilę egzekucję, nasłuchując, co oznaczają te potężne głosy. Po chwili zadudniły kopyta i ukazał się strojny orszak. Wszyscy patrzyli pilnie, spojrzał i kat. Jacek i Placek, po raz pierwszy w życiu nie okazując zbytniej ciekawości i mało się troszcząc o to, kto to nadjeżdża z taką paradą, w dwóch susach wpadli w tłum spłoszonych jak sarenki dziewic, a za moment nie było po nich śladu. Nikt tego nawet nie zauważył, gdyż orszak przystanął przed pałacem, a groźny mąż zawołał:
— Dostojny hrabio Mortadella! Z rozkazu jegomości najjaśniejszego króla przestajesz od tej godziny być jego namiestnikiem i od tej chwili nie masz już prawa zatruwać tego miasta swoją pomadą.
Zdumiał się lud, zdumiały się dziewice, zdumieli się rycerze i wasale.
Srogi mąż wołał dalej z konia:
— Opuść ten tron, albowiem zasiądzie na nim twój dostojny następca.
— Wynoś się czym prędzej! — krzyknęli nagle wierni dotąd poddani. — Hej! Ludzie, dajcie nam zwierciadło! Czy ma kto zwierciadło?
Okazało się, że wszystkie dziewice mają zwierciadła. W jednym z nich przejrzał się hrabia Mortadella i ujrzawszy swoją twarz, aż się wzdrygnął:
— To ja tak wyglądam? — szepnął.