— Ach, umieram! Ach, jakiż on brzydki — zawołała najstarsza z dziewic w imieniu wszystkich.
Nieszczęsny hrabia Mortadella podniósł się z purpurowego krzesła i począł schodzić smętnie po schodach pałacu. Nagle przystanął i spojrzał ze zdumieniem, patrząc, jak wszyscy ludzie wśród głośnych śmiechów pozbywają się swoich garbów.
— Już nie będziemy garbaci — wołali. — Precz z Mortadellą!
Hrabia zwrócił się pokornie do groźnego męża i zapytał:
— Kto jest moim następcą?
— Dostojny markiz Saradella! — zakrzyknięto w tłumie.
— Odkryjcie głowy, oto on!
— Niech żyje! Niech żyje!
Z wielkiej radości poczęto podrzucać sztuczne garby.
Z orszaku wysunął się człowiek niepozorny, uśmiechnięty i rozdając ukłony, zaczął iść ku pałacowi, kiedy zaś stanął na wysokości schodów, tak że wszystkim był widoczny, podnieśli się na palcach, aby ujrzeć, kogo im najmiłościwszy król przysłał na pana i rządcę.