— Niech żyje! — krzyknęli ci, co stali w dalszych rzędach.
Tym jednak, którzy stali blisko, okrzyk zamarł na ustach. Spojrzeli i zdrętwieli: nowy pan miał proste plecy, ale za to garb z przodu.
— Ach! Ach! — jęknęły dziewice.
A wszyscy inni w wielkim i nagłym milczeniu zaczęli podnosić rzucane w górę garby i czym prędzej umieszczać je sobie na piersiach.
Markiz Saradella przymknął oko, jakby udając, że tego nie widzi, i ogłosił:
— Na znak mojej łaski ustanawiam od dziś podatek od prostych pleców.
Rozdział dziesiąty, w którym przez drogę Jacka i Placka przesuwa się cień matki
Chłopcy, którzy zbyt tanio chcieli zdobyć światowy rekord w biegu na długi dystans, nie widzieli już przewrotu i nagłej zmiany usposobień w wielkim mieście. Wiedzieli o tym tylko, że z niejaką szkodą dla pięt ocalili życie w dwóch, choć kiepskich, egzemplarzach. Jeśli mogli mieć o co żal do kata, to za to chyba, że wyliczywszy spółce sportowej siedemdziesiąt siedem plag, więc liczbę nieparzystą i przez dwa niepodzielną, skrzywdził któregoś z nich jednym nadliczbowym uderzeniem, co mogłoby się stać zarzewiem niezgody między nimi, gdyby nie to, że nie wiadomo było, który został pokrzywdzony. Człowiek mocno i systematycznie bity w pięty mało sobie zdaje sprawę z tego, co się dookoła niego dzieje. I przez długie godziny po tym chłopcy mieli nieco zamroczone umysły i może dlatego nie mogli zrozumieć, jakim sposobem to się dzieje, że chociaż biją w pięty, zamęt czuje się w głowie, więc w okolicach mocno oddalonych i nienarażonych bezpośrednio na szkodę. Przestali się tedy zastanawiać nad tą tajemnicą natury, zmuszeni do zwyczajnej troski, jak by iść, nie narażając obolałych pięt. Stąpali więc jak na palcach, niosąc w sercach srogi ciężar gniewu i oburzenia na ten chiński sposób kary; dotąd wiedzieli, że natura przeznaczyła do bicia pewne stałe i niezmienne miejsce na ciele i że tradycja nie pozwala wychodzić poza obręb, uznawszy, że natura wymyśliła mądrze. Nikt jednak wśród przyzwoitych ludzi nie słyszał, aby tą uprzywilejowaną częścią ciała miały być delikatne pięty. Jacek pomyślał ze zgrozą, co by to było, gdyby człowiek miał na piętach oko.
— Źli to byli i potworni ludzie — zakrzyknął. — Myślałem, że sobie odpoczniemy, najemy się smacznie i wyśpimy się, a my znowu musimy uciekać.
— Widać, że taki już podły los nas prześladuje! — żalił się Placek. — Nic nikomu nie uczyniliśmy złego, a każdy powstaje przeciwko nam. O, jak by to było dobrze mieć scyzoryk!