— Nasyp mi soli na ogon! — zaśmiał się dzięcioł już z daleka, gdzie znikł w gęstwinie.

Jacek się zeźlił.

— I ma tu — mówił — być porządek na świecie, kiedy nawet takie ogoniaste furkadło147 pracuje przez cały dzień? Czy wszyscy poszaleli z tą pracą? Nawet z nami nikt nie chce gadać, bo każdy jest czymś zajęty. Taki jestem zirytowany, że nie myślę wracać, ale tak długo będę wędrował, aż wreszcie znajdziemy taki kraj, gdzie nie ma żadnej pracy, żadnych matek, żadnych szkół i nauczyciela. Idziesz, Placek?

— Idę — odrzekł Placek — ale z trudnością. Mam wrażenie, że to ja dostałem jedno uderzenie więcej.

— Za to ja się więcej najadłem strachu, kiedy Mortadella zaczął zgrzytać nade mną zębami!

— Ee! — rzekł Placek lekceważąco. — Takie tam zgrzytanie. Miał całej parady trzy zęby! A kat miał jeden wprawdzie kij, ale dobry.

— Kiedyś się zemścimy! — pocieszał się Jacek. — A teraz cicho! Słyszysz? Albo mi się zdawało, albo ktoś się przedziera przez krzaki...

— Ukryjmy się, teraz nikomu nie można dowierzać...

Uskoczyli w bok i zapadli w chaszczach, pilnie patrząc i bacznie nasłuchując. Ktoś się zbliżał powoli i jakby bardzo ostrożnie czy też z wielkim trudem.

— Nic groźnego! — rzekł po chwili Jacek.