— Moja matka — mówiła ona — poszła do nieba, kiedy byłam mała. Mój ojciec zginął na wojnie. Zostałam sama jedna na świecie, biedna, opuszczona, ślepa. Jednej nocy, kiedy spałam pod progiem naszego dawnego domu, gdzie teraz mieszkają obcy ludzie, było bardzo zimno. Wtedy moja matka przyszła do mnie, ucałowała mnie w oczy, nakryła płaszczem i grzała oddechem moje ręce. Bardzo płakała, pewnie dlatego, że łzy są gorące i padały na moją zziębniętą twarz. Potem powiedziała mi, że wraca do nieba i pragnie, abym ja tam przyszła. Wtedy wzięłam w rękę kij i poszłam szukać drogi do nieba. Tak idę pięć, a może już sześć lat, nie wiem dobrze...
— A któż ciebie karmi?
— Czasem żywią mnie ludzie, a czasem las.
— A cóż ty robisz, kiedy jest mróz?
— Przytulą mnie zawsze w jakiejś chacie, a raz... Ale to było bardzo dziwne!... Raz schroniłam się do jakiejś jaskini podczas zawiei i tam ogrzały mnie jakieś zwierzęta. Spędziłam tam długi czas, a one ogrzewały mnie własnym ciałem i karmiły mięsem. Ludzie potem bardzo się dziwili i mówili, że to były wilki.
— I nawet cię nie pogryzły?
— Jakżeż mi mogły uczynić krzywdę? — zdziwiła się słodkim głosem dziewczynka. — Przecież ja jestem sierota. Od razu powiedziałam im, że szukam matki.
— I znajdziesz swoją matkę?
— Muszę znaleźć!
— A jeśli do nieba trzeba iść sto lat?