— Czy już utonęła?
Ponieważ Placek nie odpowiadał, Jacek odjął rękę od oczu i spojrzał z rozpaczą.
— Co to?... Co to?... — pytał gorączkowym szeptem.
Nikt mu nie odpowiadał, bo Placek stał nieruchomo, jakby od nadmiernego zdumienia zamieniony w słup soli. Otwarł usta i patrzył, własnym oczom nie wierząc: dziewczyna szła po wodzie jak po najgładszej drodze. Fale, dotąd marszczące się od wichrowego gniewu, ukoiły się nagle i miękko układały pod jej poranionymi nożętami, a słońce rzuciło przez jezioro, od jednego do drugiego brzegu, srebrny gościniec. Ona zaś szła po tych wodach, nie wiedząc, że stąpa po toni, uśmiechnięta, że nie ma na jej drodze ani cierni, ani ostrych kamieni.
Przed nią leciała biała mewa, donośnie pokrzykując:
— Uspokójcie się fale, bo idzie sierota, co szuka swojej matki!
— Matki... Matki... Matki... — śpiewały fale, rozlewając się szeroko w słodkiej pieszczocie.
Rozdział jedenasty, w którym Jacek i Placek spotykają złotych ludzi i dowiadują się dziwnych rzeczy o chlebie powszednim
Przeminęła długa chwila, zanim chłopcy obudzili się z zachwyconego zdumienia. Dziewczynka już dawno przeszła po srebrnej wodzie i powędrowała lasem, który ją krył przed ich wzrokiem, a oni patrzyli wciąż na czarodziejskie jezioro, łaskawe i pełne niezgłębionej dobroci.
— Czy dobrze widziałeś? — zapytał wreszcie Jacek.