— Może by spróbować?

— Jeżeli się nie boisz, to spróbuj, ale ja się boję.

— Ja się też trochę boję, ale mi to nie daje spokoju. Spróbuję!

— Ej, Jacek, nie żartuj z wodą!

— Pójdę tylko parę kroków i zaraz wrócę. Patrz, jakie jezioro jest spokojne... Jeszcze na nim widać tę drogę, którą szła Marysia. Śladów nie ma, ale drogę widać... Idę!

Placek patrzył ciekawie, co z tego będzie. Jacek zaś uczynił krok odważnie i nie miał nawet czasu, aby krzyknąć, bo wpadł w wodę z głową.

— Jacek, nie top się! — krzyczał Placek.

Po chwili ukazała się głowa Jacka, który zalany wodą, nie mógł wydać z siebie okrzyku, ale krzyczał za to rozpaczliwym spojrzeniem o ratunek, bijąc wodę rękami. Placek porwał jakąś gałąź, podał bratu i z trudem wyciągnął go z wody, bezsilnego jak zdechła ryba. Jacek dzwonił zębami i cały zmienił się w wielki strach. Szczękając, mówił:

— Po tej... wo... wodzie... nie... można... cho... chodzić.

— Zimno ci bardzo?