— Od wody mi zimno, a od strachu gorąco... Już nigdy nie będę chodził po wodzie... Ale jak ona mogła przejść?
— Tego się nigdy nie dowiemy! Osusz się, bo niedługo zajdzie słońce. Trzeba będzie tu przenocować...
Z Jacka dymiła wilgoć, jakby się cały zamienił w jezioro. Wyglądał tak jak zmokły szczur, więc cały suszył się w cieple słońca zniżającego się ku lasom, Placek zaś tymczasem zbierał jagody.
Słońce zachodziło bogato, strojne we wszystkie swoje wspaniałości, jak gdyby jakiś król z dalekich krajów, co umierając, chce się po raz ostatni okazać w niezmiernym przepychu, wśród lśniących bogactw, w złotych szatach, naszywanych rubinami i perłami. Słońce przejrzało się w zwierciadle jeziora, a ujrzawszy, że jest blade i że ma senne oczy, poczęło schodzić z wielkiej góry nieba, aby się ułożyć do snu. Wiatry czym prędzej rozścieliły na jego drodze purpurowe sukna, aby zeszło wygodnie, po kobiercach149 ku ziemskim nizinom. Na niebo spłynął liliowy smutek i srebrna cisza. Ukoiły się wody, a las, co przed chwilą śpiewał, zamilkł. Ptaki usnęły, a dusza całego świata, westchnąwszy po dziennym trudzie, odpoczęła wieczornym słodkim odpoczynkiem. Nawet ci, którzy bardzo cierpieli, przymknęli na jedną chwilę zapłakane oczy, ukojeni wielką ciszą.
Zaś od przeciwnej strony, od wzgórz, szła noc, pełna dziwnych szmerów i cichych dzwonień, wysławszy na swoją drogę wojsko nietoperzy, aby szybko lecąc, wybadały, czy się gdzie nie ostał jaki zabłąkany promień. Za nietoperzami przyleciały sowy okrągłookie, nastroszone puchacze, dziwne i tajemnicze, a poza nimi płynęła noc, czarna, niewidoma kobieta, która sobie czasem przyświeca zieloną latarnią miesiąca.
Nie dojrzała nawet Jacka i Placka śpiących na posłaniu z mchów pod wielkim drzewem. Śniły im się dziwne rzeczy. Jackowi zdawało się, że się zamienił w ogromną kaczkę i że pląsa po wodzie, a Placek widział we śnie matkę, która mu kazała okryć Jacka, bo mu zimno. Przez sen nakrył go tym, co miał do rozporządzenia, jednym ramieniem, które rozespany Jacek zaczął ściskać gwałtownie i wołał przez sen: „Ach, jaka wspaniała ryba!”.
Kiedy Placek otwarł o świcie oczy, zdumiał się nieco, widząc, że Jacek leży na brzuchu, a rękoma robi dziwaczne ruchy. Zaczął go tarmosić, a Jacek, choć się wprawdzie obudził, ale jeszcze nie wiedział dobrze, co się z nim dzieje, krzyczał:
— Zaraz przypłynę! Kwa! Kwa!
Potem usiadłszy, zaczął przecierać sobie oczy i zapytał:
— Co się stało z wodą?