Mewy podniosły przeraźliwy pisk: widać, że Placek odkrył słuszną przyczynę ich nadmiernej radości. Chłopcy weszli w gąszcz i jedli wkrótce, co się dało; wiewiórki patrzyły z zatroskanym podziwem, jak wszystko, co jadalne, znika na drodze, którą przeszli dwaj nakrapiani chłopcy. Po pewnym czasie podziw zmienił się w przerażenie: pomyślały bowiem, że jeśli ci dziwnie żarłoczni przybysze zechcą zabawić dłużej w tym miejscu, wszystkie wiewiórki będą musiały zginąć z rozpaczy i z głodu. Chłopcy jednak przeszli tylko lasem jak niszcząca burza, co się szczególnie zawzięła na leszczyny, zupełnie nie tykając krzaków rodzących jedynie ciernie albo trujące jagody.

Ponieważ żołądki były najważniejszym organem tych chłopców, napełnione, pogodziły ich ze światem. Zaledwie dotykając piętami ziemi, szli znowu przed siebie, sprawiając wrażenie, że się ostrożnie na palcach skradają ku czemuś. Wyrok nieszczęsnego hrabiego Mortadelli nauczył ich tego sposobu chodzenia, szukali więc przejść tamtędy, gdzie obficie rosły mchy albo gdzie ziemia, napęczniała wodą jak gąbka, lekko uginała się pod ciężarem. Wędrowali przez bezdroża, czasem z oddali widząc przechodnia lub jeźdźca, co jechał na znużonym koniu. Czasem na wyniosłym lesistym wzgórzu wznosił się jak jego korona kamienny zamek, patrzący na rozległe pustkowia czarnymi, podejrzliwymi oczami strzelnic i szczerzący na postrach granitowe zęby u szczytu murów. Patrzyli z zastrachanym podziwem na te kamienne grody, pobudowane chyba przez olbrzymów, wydawało im się bowiem, że zwyczajni ludzie nie zdołaliby spiętrzyć olbrzymich głazów ponad szczyty najwyższych drzew.

— A może to jednak budowali ludzie? — mówił Jacek.

— Czy człowiek mógłby udźwignąć taki straszliwy głaz? — pytał Placek.

— Widzieliśmy mrówkę, co dźwigała gałązkę tak wobec niej wielką, jak dąb wobec człowieka. Ci ludzie i te zwierzęta, którzy nie wiadomo po co pracują, potrafią jednak dokazać dziwnych rzeczy. Jak oni to robią?

— Chciałbyś mieć taki zamek? — pytał w rozmarzeniu Placek.

— Bardzo bym chciał! Leżałbym sobie na złotym łóżku brzuchem do góry, trochę to bym spał, a gdybym nie spał, to wtedy bym jadł. A potem znowu bym spał i tak przez tysiąc lat.

— A co byś pił?

— Piłbym tylko mleko z cukrem i miodem albo z malinowym sokiem.

— Przestań! — rzekł Placek. — Bo się rozpłaczę. Och, jakże my jesteśmy nieszczęśliwi! Ani mleka, ani cukru, ani miodu, ani malinowego soku... W tym wspaniałym zamku zapewne tego wszystkiego jest w bród.