— Czy ja wiem? Widać, że takie już musimy mieć twarze, które się nikomu nie podobają. Niewinni zresztą są zawsze prześladowani.
Zbliżyli się ostrożnie do groźnych murów zamku pokrytego blachą złotą, tak że dookoła lał się złoty blask i raził oczy. Brama była otwarta szeroko: cała z kutego złota, nabijana drogimi kamieniami, świeciła tak chyba jak brama do raju. Oparty o mur, co się też w słońcu złocił, stał strażnik w ciężkiej, złotej zbroi, dzierżący włócznię z ostrzem z jakiegoś bezcennego metalu, bo strzelał z niego snop promieni. Spod hełmu spływały włosy, w lokach się wijące, też złote, bo przysypane złotym pyłem. Strażnik dojrzał ich, lecz jakby bardzo zmęczony lub na wszystko obojętny, wodził po nich spełzłym wzrokiem i wcale im nie bronił dostępu. Ośmieleni jego nieruchomą obojętnością, weszli w bramę. Wtedy przemówił do nich głosem bardzo dziwnym, bo jakby brzękliwym i dźwięczącym jak złoto:
— Szlachetni młodzianie! Czy macie kawałek czarnego chleba?
— Nie mamy go, dostojny panie! — odrzekli zdumieni.
— Ach! — brzęknął on i zapłakał złotymi łzami.
Widząc, że ten dziwaczny strażnik nie broni im wstępu, lecz oparty nieruchomo o mur martwi się tym, że oni nie mają czarnego chleba, weszli na dziedziniec wykładany złotymi płytami, rozgrzanymi w pełnym słońcu i parzącymi im stopy. Weszli więc czym prędzej na cieniste krużganki, pod złocone arkady, patrząc na te straszliwe bogactwa z niemym podziwem. Snuły się tam powolnymi ruchami jakieś dostojne postacie, wielcy panowie i nadobne150 damy. Wszyscy byli tak strojni, że aż łuna biła od nich, od złotogłowiów151, złotych łańcuchów, złoconych sandałów i od drogich kamieni. To jednak było najdziwniejsze, że wszyscy mieli złote zęby, złotem przyprószone włosy i złotem malowane brwi: gdyby się nie poruszali, choć tak sennie, można by mniemać, że nie są to żywi ludzie, lecz złocone kukły. Nikt z nich nie objawił zdziwienia na widok chłopców, tak jak gdyby dla tych złotych ludzi zdumienie było wielkim wysiłkiem, lecz patrzyli sennym, bladym, wyblakłym wzrokiem. Chłopcy zatrwożeni, lecz jeszcze bardziej zdumieni, stąpali ostrożnie, jakby oczarowani, nikt im jednak nie czynił żadnej krzywdy. Szybko więc zbyli lęk, nie mogąc jedynie wyjść z zadziwienia152, które wzrosło jeszcze, kiedy jeden wielki pan, cały ze złota, zapytał ich sennym, cichym i tak samo jak głos strażnika przy bramie brzękliwym głosem:
— Ach, znakomici kawalerowie, czy nie macie kawałka czarnego chleba?
— Nie mamy go, wielki panie! — odrzekli.
— Ach! — westchnął ów pan.
Kiedy się zbliżyli do pięknej damy, która miała wszystkie zęby złote, złote brwi i rzęsy, uśmiechnęła się do nich leniwym, złocistym uśmiechem i szepnęła sennie, dźwięcznie i wdzięcznie: