— Widzę, że smętek158 przeklętego miejsca już i was nauczył pokrzyków żałości, nędznej, znudzonej i bezsilnej, a przecie weszliście tu niedawno. Po niedługim czasie stalibyście się tak bardzo nieszczęśliwi jak my wszyscy.

— To tu są sami nieszczęśliwi ludzie?

— Jeszcze wciąż nieszczęśliwi, ale już nie ludzie — mówił ozłoconym szeptem stary człowiek. — Ci wszyscy, którzy się tu snują dookoła, tworzą wraz ze mną dwór możnego księcia, co przez wiele, wiele lat łupił wszystkie bogactwa tej ziemi. Brał niezmierne daniny od rolników, napadał i rabował kupców, wyzuł159 z dziedzictwa braci, miasta obracał w perzynę160, chwytał na morzu okręty i zebrał bogactwa tak niepoliczone, jakich nie ma stu królów w swoich skarbcach. Tyle zgromadził złota, ile go razem nie widziały ludzkie oczy, tyle pereł i drogich kamieni, ile łez pociekło z ludzkich oczu za jego żywota.

— Strach! — szepnął Jacek.

— Ach! — westchnął Placek.

— Byłem jego medykiem, więc dopuszczono mnie blisko do osoby pana. Widziałem tedy, że się z nim jakieś dziwne sprawy dzieją, albo złoto, wydarte nieszczęśliwym ludziom, bogactwa, okupione ludzkim głodem, łańcuchy kowane161 z ludzkich rozpaczy: wszystkie te skarby rzuciły na niego klątwę albo też, co jest bliższe prawdy, jego mózg z czasem też się w złoto zamienił.

— O rany — zdumiał się Jacek, a Placek wytrzeszczył oczy z nadmiernego podziwu.

— O, tak! — szeptał stary człowiek. — Potężny książę, władca niezmiernych skarbów postradał zmysły z ich powodu: zgromadził zbyt wiele złota, a ono przygniotło mu duszę. Zalało go jak żółte wody, a nas razem z nim. I od tego czasu nikt z nas nie widział słodkiego, czarnego chleba...

— Czemu, dostojny panie?

— Szaleństwo naszego księcia na tym polega, że wszystko dookoła niego musi być ze złota albo z klejnotów. Nawet wody nie pija nigdy, jeśli w niej sztuką nie rozpuszczą perły. Nie jada niczego, co nie przypomina złota swoją przeklętą barwą. A my musimy czynić to samo, wspólnicy klątwy.