— I nie ma na to żadnej rady?
— Ach, żadnej... Kiedy owoc jest jeszcze zielony, wtedy malują go złotą farbą i wtedy jest jeszcze straszliwszy. Gdyby książę ujrzał potrawę, co nie jest złotego koloru, wpadłby w gniew i kazałby winnemu, co się ją spożyć ośmielił, nalać do gardła roztopionego złota. Tak raz uczynił z jednym hrabią, który rzucając na przynętę błyszczące perły, przywabił srokę i schwytawszy ją, chciał zjeść. Książę ma przy sobie okropnych ludzi, którzy są silni i okrutni.
— Skąd mają siły?
— Nie wiem, ale myślę, że nocami ukradkiem gryzą ziemię, są to bowiem barbarzyńcy nawykli do najdziwniejszych pokarmów. Zbierają oni złoto, a kiedy my wreszcie pomrzemy, będą bogaci.
— A czy wy pomrzecie?
— Ach, któż to wie? Jeśli się Bóg nad nami nie zlituje i nie zdejmie z nas klątwy, będziemy znosić męczarnie bez końca. Pan nasz ma dopiero mózg ze złota. Może trzeba będzie czekać, aż się cały zamieni w złotego bałwana i w ten sposób swojego żywota dokończy. Oto wszystko... Ach, szczęśliwi wy jesteście, wy oberwańcy, którzyście widzieli zwyczajny chleb, pachnący pracą, słodki jak trud, mocny jak ogień, na którym go upieczono. Ach, chleba! Chleba! Chleba! Czekaj... Jak to się modlą ludzie?
Zapytany o to Jacek poczerwieniał, bo umiał tylko pierwszą połowę pacierza, Placek natomiast zakrzyknął z radością:
— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!
— Ach, tak, tak! — szepnął gorąco wielki pan i zapłakał złotymi łzami. — Zwyczajnego powszedniego chleba...
Nastało smętne milczenie, bo złoty człowiek zamyślił się głęboko i zmarszczył czoło, jak gdyby chciał sobie na nim wyryć te proste i święte słowa o chlebie.