— O nie, bo straciłyby złotą barwę. My je jadamy na surowo.

Po chłopcach przeszedł dreszcz. Z politowaniem patrzyli na złotego człowieka, który smutno jęczał, jakby oczekując tortury.

— Ach! Ach! — płakał żałośnie. — Przeklęte klejnoty, przeklęte złote ryby. Ach, przybądź, śmierci!

— Panie — szepnął Jacek z nagłym postanowieniem — my tu nie zostaniemy.

— Tym lepiej dla was — mówił złoty człowiek, oblewając złotymi łzami każde słowo.

— Ale chcemy cię prosić, abyś stąd uciekł razem z nami...

Złoty człowiek przestał nagle płakać i spojrzał na nich podejrzliwie.

— Uciekaj z nami — namawiał zdyszanym głosem Placek — tam, gdzie jest chleb i gdzie są żywi ludzie.

— Jakże ja mogę uciec? — zapytał stary człowiek z największym zdumieniem.

— Pokażemy ci drogę!