— Czy wolno wiedzieć, jak was zowią?
Oba ptaki potrząsnęły ogonem, położyły głowy na plecach, wydęły worki, słowem, przybrały pozę pełną godności i wdzięku. Potem jeden wrzasnął:
— Pochodzimy z rodu pelikanów, a jak sami widzicie, jest to ród wspaniały, pełen powagi i wybitnie przystojny. Nie ma wśród ptaków tej ziemi bardziej nadobnych, zgrabniejszych i bardziej wytwornych.
— Czy przypadkiem — rzekł Placek — wasze nogi nie są zbyt krótkie?
— Nasze nogi? Cha! Cha! Słyszysz, bracie pelikanie, co mówi ten młodzian? My mamy najzgrabniejsze nogi, jakie sobie tylko można wymarzyć! Są wśród ptaków rozmaite podejrzane indywidua168, które chodzą na długich nogach: rozmaite bociany, czaple, flamingi i żurawie... Zdaje mi się, że tak się nazywają te figury pląsające na szczudłach i na tyczkach, które służą zapewne żabom jako gimnastyczne przyrządy do wspinania się. Bocian tak się wstydzi swoich długich kulasów169, że czasem stoi na jednym tylko, a drugi chowa wstydliwie pod brzuchem. Nie, młodzieńcze! My, jako prawdziwi arystokraci, żyjemy na wielkiej stopie i na szerokiej stopie.
Mówiąc to, bardzo się napuszył, nastroszył różowawe pióra i wielkim wiatrem słusznej dumy nadął worek gardzieli. Drugi uczynił to samo tak śmiesznie, że chłopcy klasnęli w dłonie.
— Dziękuję wam za uznanie! — rzekł pelikan. — Widzę, że nas oklaskujecie... Wracajmy jednak do rzeczy. Idąc tutaj, wspominaliście coś o rybach... Na sto tysięcy karasi i jednego okonia! W głowie mi się zakręciło, kiedy usłyszałem to słowo.
— Czy tak dawno nie jedliście ryb?
— Gdybym się nie wstydził łez — odrzekł wrzaskliwie pelikan — tobym ci powiedział, że już po dwakroć psy wyły podczas pełni księżyca od czasu, kiedy po raz ostatni połknąłem mizerną płotkę, w której było więcej ości niż smakowitego ciała.
— Czy taki jest na ryby nieurodzaj?