— To też jest powodem naszej wstrzemięźliwości, najbardziej jednak winne jest wszystkiemu suche lato: stawy wyschły, rzeki ledwie się sączą, na moczarach żaba nie mogłaby się utopić. Połowa młodych pelikanów byłaby wyginęła, gdyby nie nasz obyczaj, że matki pelikanów karmią swoje dzieci własną piersią, rozorawszy ją ostrym dziobem.

— Czy to prawda? — zapytał zdumiony Jacek.

— Prawda — odrzekł pelikan. — Ludzie wprawdzie uważają to za bajkę, ale człowiek nie jest zdolny do pojęcia takiej ofiary i nie może zrozumieć, że matka własną krwią potrafi nakarmić dziecko.

— Kto wie, kto wie... — rzekł Jacek jakby sam do siebie.

— Widzę, że nam wierzysz — wrzasnął pelikan — co ci zaszczyt przynosi. Zapewne też litujesz się nad nami, słysząc, od jak dawna nie widzieliśmy rybiego ogona.

— Żal nam bardzo! — rzekł Placek.

Pelikany skłoniły się głęboko i kłapnęły dziobami.

— To na waszą cześć! — rzekł jeden z nich. — Ale mówcie nam o rybach... Czy macie jakie o nich wiadomości?

— Owszem — odrzekł Jacek — ale nie mogę wam wszystkiego powiedzieć, zanim się nie naradzę z moim dostojnym bratem. Bądźcie cierpliwi, a wiele was czeka rozkoszy!

— Czyń, co zechcesz, szlachetny młodzianie!