— O, Placku!
Rozdział trzynasty, w którym Jacek i Placek ujrzeli wielkie serce
Gdyby chłopcy spadłszy spod nieba, utonęli, może by się nikt taki nie znalazł, co by ich pożałował. Byłaby to wielka kara, ponad miarę, a karać nigdy zbytnio nie należy. Wiele oni uczynili złego, siejąc za sobą na swojej drodze przykrości i smutki, lecz nikt prócz Boga nie wie, co się dzieje w sercu człowieka. Może też w tych dwóch sercach, co jeszcze nie rozkwitły, ukryte jest ziarenko szlachetnej rośliny? Może te oczy, co wypatrywały dotąd tylko psot i figlów, spojrzą kiedyś radośnie i obmyte łzami przejrzą?
Może z tych chłopców wyrosną jeszcze dzielni ludzie?
Zawarła się nad nimi woda, wysoko plusnąwszy. Może jednak ktoś daleko, daleko od tego miejsca, modlił się za nich w tej chwili, bo kiedy śmierć czająca się na dnie topieli już wyciągnęła po nich swoje długie ręce, ktoś inny chwycił ich rękoma za włosy i wydarł śmierci.
Kiedy nierozumne pelikany, obłąkane z radości na widok dawno niewidzianej wody, zapomniawszy, że niosą na grzbietach dwóch chłopaków, spadły z łomotem skrzydeł na fale, oni zaledwie mogli krzyknąć, lecz woda zalała ich słowa. Usłyszał jednak ten krzyk młody człowiek, co dźwigał w ramionach jakiś ciężar i od niejakiego czasu z ciekawością przypatrywał się dziwnym ptakom i jeszcze dziwniejszym jeźdźcom. Widząc, co się stało, złożył swój ciężar pieczołowicie na ziemi, sam zaś bez chwili namysłu skoczył w fale, tnąc je silnymi ramionami jak parą wioseł.
Po chwili dojrzał wynurzające się na powierzchnię dwie głowy, więc chwycił w garście ich czupryny i ciężko dysząc z wysiłku, wyciągnął na brzeg dwóch topielców, którym brakło trzech ćwierci do śmierci.
Zdumiał się nieco, ujrzawszy dwa ludzkie egzemplarze niezmiernie do siebie podobne, lecz pomyślawszy, że nie czas teraz na zdumienie, zaczął usilnie pracować nad przywróceniem ich do życia. Ułożywszy ich na piasku jak śnięte ryby, biegał od jednego do drugiego i pracował ciężko nad wprowadzeniem do ich płuc powietrza. Od czasu do czasu, przypomniawszy sobie o skutecznym sposobie ratowania topielców, chwytał raz Jacka, a raz Placka za nogi, ustawiał ich w pozycji odwrotnej, głową na dół, i mocno tarmosząc, wytrząsał z nich wodę. Jest to operacja dosyć przykra, ale wedle powszechnego mniemania wcale skuteczna, co się okazało i teraz: po wielu bowiem takich zabiegach dwie nakrapiane dusze wróciły — choć bardzo niechętnie — w swoje, nakrapiane na froncie twarzy, mieszkania.
Jacek otworzył lewe oko, Placek otworzył prawe.
Patrzyli na boży świat z niejakim zdumieniem, z głupawą miną, jak gdyby dobrze nie rozumiejąc, gdzie są i co się im przydarzyło. Ciężko i z trudem chwytali otwartymi ustami powietrze, jak wyjęte z wody karpie, wreszcie zdecydowali się na otwarcie drugiego oka.