Chłopcy, nie wiedząc, co to wszystko oznacza, poszli za nim. Poprowadził ich opodal, gdzie u stóp drzewa, oparta o jego pień, siedziała kobieta. Spojrzała na nich łagodnie i z radością.
— Cieszę się — rzekła dobrym głosem — że was Bóg pozwolił wyratować.
Chłopcy spojrzeli na nią długim spojrzeniem, potem uczynili coś, czego nie uczynili jeszcze w swoim życiu: przyklękli z dwóch stron i ucałowali jej ręce. Jej syn patrzył na ten postępek z rzewną radością. Ona zaś rzekła:
— Nie mnie dziękujcie, o dzieci, nie mnie, ale synowi mojemu. On dla was naraził życie, ale też nikt nie ma takiego jak on serca.
— Nie mów tak, najdroższa matko — rzekł, zarumieniwszy się, młody człowiek. — Nikt nie ma takiej jak ja matki.
Spojrzał na nią z miłością tak gorącą i tkliwą, że gdyby to spojrzenie trwało chwilę dłużej, musiałoby się zamienić w wielką i czystą łzę.
Chłopcy patrzyli na nich ciężko zamyśleni, wreszcie Jacek rzekł:
— Dziękujemy ci!
— Nie ma za co — rzekł wesoło młodzieniec — ale powiedzcie mi, na Boga, skąd wzięliście się na grzbietach pelikanów?
— Przeżegnałam się krzyżem świętym, widząc was nad wodami — rzekła kobieta.