— Długa to jest historia — mówił Jacek. — Namówiliśmy pelikany, aby nas wzięły na grzbiety, bo nam się nie chciało iść piechotą.

— A dokąd wy wędrujecie?

Chłopcy opuścili głowy. Za żadne skarby, za wszystkie klejnoty złotych ludzi nie powiedzieliby tej dobrej kobiecie i temu szlachetnemu młodzieńcowi, że uciekli od matki i gonią próżniactwo. Na bladych, nakrapianych twarzach ukazał się rumieniec.

— Czemu nam tego nie powiecie? — zapytał ich wybawca.

A matka na to:

— Daj pokój, mój synu. Może to jest ich tajemnica? Nie trzeba się nigdy wdzierać w cudze sprawy. Jak się czujecie, moje dzieci?

Chłopcy spojrzeli na nią z dziwną czułością.

— Nie chcemy uczynić nic złego — rzekł nagle Jacek.

— Jesteśmy tylko bardzo głupi — dodał Placek z najgłębszym przekonaniem.

Zaśmiał się głośno młody człowiek, a na bladych ustach kobiety pojawił się leciutki uśmiech. Patrzyła na nich dobrymi oczyma, w których kwitły jesienne kwiaty. Nagle wyciągnęła ku nim ręce i rzekła: