Skinął na chłopców, a kiedy odeszli wszyscy trzej na ubocze, rzekł im szeptem:

— Dzieci kochane, pilnujcie mojej matki, aby nie napadł na nią dziki zwierz i przynieście jej wody z jeziora, gdyby chciała pić.

— Uczynimy to chętnie! — szepnął Placek.

— Bo moja matka — mówił młody człowiek drżącym głosem — ma odjętą władzę w nogach.

— Och! — wykrzyknął Jacek. — Biedna kobieta.

— Boże, Boże! — szepnął Placek po raz pierwszy w życiu.

— Jest to straszliwe nieszczęście — mówił ich wybawca. — Nie mogę patrzeć na jej udręczenie, więc idziemy na poszukiwanie cudownego lekarza, aby ją uzdrowił.

— Jakże może iść twoja matka?

— Ona nie idzie... — mówił młody człowiek, potem, spuściwszy oczy, dodał cicho: — Ja ją niosę w ramionach...

Chłopcy spojrzeli na niego z niepojętą dla nich samych czcią.