— Oddajcie przynajmniej rybie głowy!
— To są straszne żarłoki — mówił Jacek. — Mają pełne jezioro ryb, a płaczą nad tymi, któreśmy zjedli.
— Są tacy i wśród ludzi — rzekła matka. — Ale wy jesteście sprytni. Szkoda, że nie idziemy w tę samą stronę. Na nas już czas, drogie dzieci. Niech wam Bóg zapłaci za ten posiłek, będziemy was mile wspominali, a ja się co wieczora pomodlę za was...
Chłopcy pochylili głowy. Po chwili Jacek rzekł:
— Wędrowaliśmy chyba przez pół świata i widzieliśmy wiele. Wiemy też o jednym czarodziejskim lekarzu, co umie czynić cudy.
— Na Boga! — zawołał młody człowiek. — My właśnie jego szukamy! Jak go znaleźć?!
— Mieszka on daleko stąd. Musicie iść wciąż na wschód: miniecie zamek złotych ludzi, których obejdźcie z daleka, miniecie wielkie miasto, w którym rządzi królewski namiestnik, a potem baczcie, czy nie ujrzycie w nocy ognia na wyniosłej górze. Tam mieszka dobra kobieta, która pokaże wam drogę przez bagna. Stamtąd już niedaleko do brzozowego gaju, gdzie mieszka stary człowiek, co czyni cudy.
— O dzięki ci, synu, że nam to powiedziałeś.
— Gdybyście nie znaleźli drogi — mówił Jacek — zapytajcie o nią byle kogo, wskaże ją wam każda wiewiórka i każdy ptak.
— Uczynimy to! — rzekła matka.