Zadrżeli, ujrzawszy, kto do nich przemawia.

Stał przed nimi stwór okropny, mało podobny do człowieka; ogromny, z rudą szczeciną na głowie, potwór ten miał ręce nadmiernie długie, u każdej po dziesięć palców. Na czole miał jedno oko, a z tyłu głowy drugie, złe i krwawe. Najdziwniejsze jednak były jego bose nogi, bo każda z nich tak wyglądała, jakby była złożona z dwóch; nogi jego nie miały pięt, lecz z odwrotnej strony miały także palce, z przodu sześć, z tyłu cztery, tak że mógł chodzić przodem i tyłem. Był on niezmiernie chudy, miał długi nos, zakrzywiony ku brodzie, i wcale nie miał zębów; za to język, cienki i czerwony, potrafił wysunąć na dwa metry przed siebie.

Chłopcy nie mogli się poruszyć, pobici lękiem, potwór zaś zwróciwszy się do kozy, mówił głosem przypominającym rżenie konia:

— Dobrześ się sprawiła, moja ciotko. Ha! Ha! Piękne to są chłopaki i bardzo mi się przydadzą.

Jacek, odzyskawszy przytomność, objął Placka ramieniem i krzyknął:

— Czego chcesz od nas? Wypuść nas natychmiast!

— Hi! Hi! Hi! — zarżało dzikim głosem monstrum187. — Czy się wam nie podobam? Słyszysz, ciotko, ci panicze chcą stąd odejść dlatego, że ja mam oko w tyle głowy. Nie każdy jest taki piękny jak wy. Dawno nie widziałem takich dorodnych młodzieńców.

Wyciągnął ku nim swoje okropne ręce, chcąc ich chwycić. Chłopcy cofnęli się jednym susem w tył, lecz ujrzeli z przerażeniem, jak jego ręce wyciągają się tak jak ramiona ośmiornicy i stają się tak długie, jak tylko on zechce. Jedna taka ręka chwyciła za kark Jacka, druga Placka, którzy poczuli, że wielka siła odrywa ich od ziemi. Potem potwór skurczył swoje macki i trzepoczących nogami chłopców przybliżył do swojego krwawego oka. Uczyniło się ono ogromne jak księżyc i wpatrywało się w nich z taką siłą, że chłopcy zdrętwieli, jak ptaki ujarzmione odbierającym wszystkie siły wzrokiem węża. Potwór łypnął tym okiem z wielkim zadowoleniem i — postawiwszy ich na ziemi — zarechotał:

— Jestem z ciebie zadowolony, ciotko. Zdejmij teraz skórę i idź odpocząć, boś się nabiegała.

Chłopcy patrzyli z przerażonym zdumieniem, jak koza, podskoczywszy w górę, zrzuca z siebie włochatą skórę, z której zaczęła się gramolić brzydka wiedźma ze spłaszczonym nosem. Skóra znikła, a łachmanami okryta wiedźma westchnęła z ulgą takim westchnieniem, że aż wiatr powiał. Zbliżyła się do chłopców i rzekła niskim, grubym basem, wskazując na Jacka: