— Ten od razu poznał, że jestem przystojna, więc mu nie czyń nic złego, ale temu — zagrzmiała jeszcze głębszym basem, wskazując na Placka — sama przy sposobności ukręcę głowę!
— Idź już spać, ciotko! — zacharczał olbrzym. — Jesteś taka piękna jak beczka kapusty, a ja się już zajmę nimi oboma.
— Hu! Hu! — jęknęła basem wiedźma i znikła w jakiejś szopie.
Chłopcom zdawało się, że cały świat kręci się z nimi. Patrzyli z rosnącym przerażeniem na to wszystko, poznawszy, że się dostali do jakiegoś okropnego domu i do jakichś strasznych ludzi czy też czarowników. Obejrzeli się spłoszonym, nieprzytomnym spojrzeniem, szukając rozpaczliwie wyjścia: dookoła sterczała zębiasta, wysoka palisada, szczerząc ostre końce słupów.
— Hi! Hi! — zarżał olbrzym. — Myślicie, jak by uciec? Ptak chyba stąd wyleci, ale wy pozostaniecie tu już na zawsze. Dawno ja już mam na was oko, a wczoraj dała mi o was znać moja córka, którą zamieniłem we wronę, a dzisiaj przywiodła was tu moja ciotka, zamieniona przeze mnie w kozę.
— Dlaczego nas więzisz? — zawołał z płaczem Jacek.
— Bo mi się tak podoba! — zarżał potwór.
— I co chcesz z nami uczynić? — pytał z drżeniem Placek.
— Będziecie tu u mnie pracowali — śmiał się rozdzierającym śmiechem krwawooki. — Jesteście młodzi i możecie pracować.
— Wcale nie umiemy i nie będziemy pracowali.