— O, mamo, moja mamo... — chlipał wciąż Placek.
Żywcem tak zakopani, usnęli i posępne mieli sny. Przenikał ich chłód ziemi, a każdy szmer ich budził. Nad ranem dopiero objął ich głowy martwy sen, wtedy jednak poczuli, że ich ktoś siłą dobywa z ziemi, tak z niej wyciąga jak marchewkę. Otwarli oczy i ujrzeli potwora.
Był to ohydny czarownik, który się schronił w te nieprzebyte lasy i podstępnie łowił ludzi, by mu służyli. Pragnął on sobie zbudować potężny zamek, gdzie by mieszkał bezpiecznie i wykonywał swoje ciemne praktyki. Był on okropnie skąpy i dlatego córkę zmienił we wronę, aby sobie szukała jedzenia po świecie, a gadającą ciotkę zamienił w kozę, aby się mogła paść w lesie. Miał on też i żonę, lecz tak ją zadręczył i zamorzył głodem, że pozostał z niej tylko cień. Chłopcy ujrzeli ją właśnie, bo potwór zakrzyknął:
— Ej, żono, przyjdź no tu i zobacz, kogo złowiliśmy w lesie.
Choć nikt się nie zjawił, on rżał:
— Czy ci się podobają?
— Same tylko żyły z nich zostały... — ozwał się jakiś głos.
Chłopcy patrzyli dookoła, chcąc zbadać, skąd pochodzi, ale nie ujrzeli nikogo.
— Z ciebie tylko cień pozostał, a żyjesz! — krzyknął czerwonooki.
Wtedy, natężywszy oczy, dojrzeli, że obok niego chwieje się na wietrze smętny cień, mający zarysy ludzkiej postaci, i w ten sposób poznali, że to jego żona.