— Panie — mówił z wielkim współczuciem Jacek — gdybyś go nawet i znalazł, cóż ci pomoże? Jest to potwór bez serca, a ty już nie masz złota.
— Nie mam — jęknął głos. — Unieśli je moi dworzanie i słudzy. Pójdę jednak nawet w najdalszą drogę, choćbym miał w niej zginąć, bo i cóż mi po takim życiu, co nie jest życiem? Czy znacie drogę?
— Wiemy, gdzie jest jego mieszkanie, bo przez dziesięć lat, schwytawszy nas podstępnie, zadręczał nas tam i zamęczał, lecz jak by tam trafić, nie wiemy...
— Och, och! — załkał głos. — Jak to może być? Czy nie macie nade mną litości, czy mówicie rzeczy kłamliwe?
— Mamy litość nad tobą, nieszczęśliwy panie, i nie kłamiemy. Drogi jednak nie znamy, gdyż uciekliśmy przez powietrze cudownym sposobem za pomocą tej oto płachty.
Jacek rozwinął sztandar czarnoksiężnika i trzymał go przed sobą.
— Co oznacza ten wzór?
— Czarownik zawiesił to na szczycie swojej wieży, pusząc się, że to jest znak jego władzy. Na dowód, panie, że mówimy prawdę, racz spojrzeć: oto czerwona farba albo może krwią nietoperzy napisał on tu jakieś znaki.
Rozpostarł płachtę przed sobą:
— Oto tu! — rzekł.