Nagle wielki krzyk rozdarł powietrze, a Niewidzialny porwał zapewne płachtę w swoje ręce, bo zaczęła fruwać sama w powietrzu.

— O Boże! — wołał głos. — To jest zaklęcie, jego zaklęcie!...

Chłopcy wstrzymali oddech.

— O, serce moje, gdzie jest moje serce? — płakał głos i śmiał się równocześnie.

Płachta poczęła wyprawiać dziwne ruchy, chłopcy widzieli, jak się mnie i zwija w fałdy, jak wreszcie niewidzialne ręce przyciskają ją do niewidzialnych piersi. Serca w nich przestały bić: przed nimi zaczęły się mglić powiewne, ledwie widne oczom zarysy ludzkiej postaci.

— Czy widzicie mnie? — wołał głos, zarazem pełen rozpaczy i nadziei.

— Niezupełnie jeszcze, panie — krzyknął szybko Jacek — ale już wychodzisz z powietrza.

— Och! Och! — drżał głos coraz jaśniejszy.

Minęła długa chwila strasznego oczekiwania, aż wreszcie z błękitności, zalanej złotem słońca, wyszedł bardzo stary człowiek, cały żółty, jak pożółkła kość słoniowa, łysy i pomarszczony, z długą brodą, drżący pod ciężarem wieku i długiego nieszczęścia, w spłowiałym i wypełzłym, kiedyś bogatym stroju.

— Oto jestem! — rzekł cichym głosem, bo nadludzka radość pozbawiła go tchu.