— Witamy cię, panie! — powiedzieli chłopcy.
— I ja was witam, dobroczyńcy moi, najszlachetniejsi wśród ludzi, druhowie ukochani! Co jest moje, do was należy, wraz z moim sercem. Zostańcie u mnie, jak długo wasza wola. Ten dom zakwitnie i napełni się weselem! Lasy napełnią się wrzawą naszych łowów. O, bracia moi! Dotąd było was dwóch, od tej chwili przybył wam trzeci brat. Nazywajcie mnie bratem!
— Nie śmiemy, dostojny panie! — rzekł cicho Jacek.
— Czemuż to? — zawołał drżącym głosem. — Wszak jesteśmy niemal w jednym wieku.
— O Boże! — szepnął Placek.
Jacek spojrzał na niego porozumiewawczym wzrokiem, jakby chciał go ostrzec, aby nie burzył złudzeń tego nieszczęśliwego.
Stary człowiek rzekł zaś wesoło:
— Siły mnie opuściły z wielkiego szczęścia, ukochani moi... Nogi drżą pode mną, więc usiądę, a wy uczyńcie mi wielką łaskę i z komnaty, co się znajduje tu obok, przynieście mi zwierciadło.
— Po co ci ono, panie — rzekł głucho Jacek — zawierz naszym oczom. Jesteś piękny i rześki.
— Tym bardziej chcę ujrzeć tego, którego nie widziałem tyle, tyle lat.