— Trudno! — zawołał Jacek. — Chcieliśmy ci, matko, zrobić niespodziankę, ale przed tobą nic się nie ukryje.

— Więc to wy?

— Przecie nie anioł z nieba — rzekł Jacek.

— Bardzo wam było ciężko? — spytała matka z niepokojem.

— Z początku tylko było ciężko — mówił Placek — ale potem coraz lżej. Ale sroga to była robota. Nie dziw się więc, matko, że jesteśmy trochę zmęczeni, a więcej jeszcze głodni. Czy masz co do jedzenia?

Matka zatroskała się bardzo.

— Mam — rzekła smutno — ostatni bochenek chleba. Musi nam wystarczyć na długo. Dzisiaj, ponieważ to uroczysty dzień, zjemy po kawałeczku, a od jutra będziemy go drobić69 na okruszyny. Nie chcę was trwożyć, moje słodkie dzieci, lecz czeka nas jeszcze wiele pracy. Ale już mi ona nie straszna, kiedy wy nauczyliście się pracować. Teraz pewnie naprawicie dach, a potem będziemy razem wydzierać kamienie, aby powiększyć rolę. Będziemy to robić z radością, a Pan Bóg się nad nami zmiłuje, że nie pomrzemy z głodu.

— Pewnie, pewnie... — bąknął Jacek.

— A gdzie ten chleb? — zapytał Placek.

— Chleb jest ukryty w komórce za belką. Napoczniemy go niedługo... Poczekajcie tu, moje drogie dzieci, a ja pójdę do tego źródła, co jest o milę stąd, aby wam przynieść świeżej, zimnej wody. Własną krwią bym was napoiła za to, że jesteście tacy dobrzy.