— Będę się bał tutaj spać — mruknął Placek. — Tak tu pusto i przestronnie.
Spali jednak w tym smętnym pałacu przez wiele nocy. Dawno już trawa porosła na grobie biednego człowieka, a oni nie mieli odwagi ruszyć w powrotną drogę. Przybyło im sił i ciała, wstąpiła w nich otucha. Zaczęli zapominać powoli o przebytych cierpieniach i znowu po ich pstrych głowach zaczął hulać wiatr. Patrzyli rozradowanym wzrokiem w słońce i w niebieskość nieba.
— Czegoś ty się tak darł dziś w nocy? — zapytał raz Jacek.
— Nie wiem, może dlatego, że mi się śniła ciotka koza. Zagadała do mnie wielkim basem i chciała mnie tryknąć głową w brzuch. Co znaczy taki sen?
— Wedle sennika egipskiego — rzekł Jacek — pewne jest, że się z nią ożenisz!
— Ratunku! — wrzasnął Placek.
— Byłaby z was dobrana para! — dodał Jacek.
Wieczorami siadywali na marmurowych schodach pałacu i nasłuchując ptasich głosów i bajania niedalekiego lasu, oglądali cudy odbywające się na niebie.
Jednego wieczoru wypłynął spoza drzew księżyc, poważnie zamyślony, i wędrował sobie powoli po niebieskiej drodze; miał twarz dziwnie dobrą i poczciwą, mile uśmiechniętą. Chłopcy patrzyli w niego ciekawym spojrzeniem, bo choć go widzieli wiele razy, nigdy nie patrzyli na niego dłużej. Wiedzieli, że jest, i to im wystarczało. Teraz jednak, nie mając nic lepszego do roboty, przyglądali się jego podróży przez długie godziny.
— Skąd on przychodzi i dokąd dąży? — pytał Placek.