Umilkli, spoglądając, jak księżyc, do syta się napatrzywszy na to, co się stało przez dzień na świecie, zaczął się toczyć w dół jak złote koło. Dotknął czubów drzew i począł się chylić nisko ku ziemi.
— Tam musi być woda — szepnął Jacek — on lubi spać w wodzie... Że też mi to nigdy nie przyszło do głowy... Placek!
— Co takiego?
— Jak myślisz, ile też można by zrobić dukatów z takiego złotego księżyca?
— Nie wiem, nigdy nie widziałem dukata, ale pewnie bardzo wiele.
— Sto można by zrobić?
— Może nawet więcej, ale dobrze nie wiem, bo jestem śpiący...
Tej nocy śniło się Jackowi samo złoto. Rano obudził się zamyślony, zamyślony przewałęsał się przez cały dzień i niecierpliwie wyglądał wieczora.
Kiedy księżyc wypłynął na swoją nocną służbę, Jacek przypatrywał mu się pilnie i kręcił głową, zważywszy że jest jakiś większy niż wczoraj i bardziej pełny. Przez długie godziny trwał w milczeniu aż do chwili, kiedy księżyc wtoczył się między drzewa. Jacek zapamiętał sobie, że zawsze schodzi ku ziemi w tym miejscu, gdzie rosną rozłożyste lipy.
Skinął na Placka i rzekł cicho: