— Chodź, Placek, mam ci coś ważnego do powiedzenia...

Szeptali długo w noc.

— Jeżeli się uda — rzekł wreszcie głośno Jacek — będziemy mieli z czym powrócić do Zapiecka.

— Strasznie jesteś mądry! — zawołał z uznaniem Placek.

— Ktoś z nas przecie musi być mądry — odpowiedział Jacek. — Jutro przeto o świcie pójdziemy w tę stronę, gdzie rosną lipy. Jeżeli poza nimi jest woda, to wszystko się uda. Byle tylko niebo było pogodne!

Niebo, wedle jego marzenia, było następnego dnia bez skazy, lazurowe i przeczyste. Radość, świeża i rześka, napełniła cały świat i ich serca.

Chłopcy gorączkowo przygotowywali się do drogi: obeszli wszystkie komnaty pałacu, przejrzeli się w zwierciadle, w którym dostrzegli dwóch dryblasów, dobrze już odżywionych i wypoczętych, po czym starannie złożyli płachtę czarnoksięską, którą Jacek niósł troskliwie, Placek zaś dźwigał dwa potężne kije, długie i giętkie.

Poszli w stronę, w której rosły lipy, a kiedy już byli daleko, Placek rzekł:

— Jacku! Zapomnieliśmy być na grobie Niewidzialnego...

— Daj mi pokój — odpowiedział niecierpliwie Jacek — mam teraz inne zmartwienia!