— On się wcale nie boi ludzi, zresztą skąd się może domyślić, co go czeka? Przez myśl mu to nie przejdzie!

— Tak, to naprawdę trudno przypuścić, że ktoś chce ukraść.

— Milcz! — krzyknął Jacek.

— Przecież jesteśmy sami!

— A ptaki, a drzewa, a żaby?

— Ach, prawda!

— To pewnie wszystko jego przyjaciele... Ukryjmy się w trawie i ani pary z ust.

— Jeść można?

— Byleś bardzo, swoim zwyczajem, nie zgrzytał zębami... Cicho!

Wszystko przez dzień spało w słonecznym upale; czasem tylko bąk, wieczny włóczęga, potoczył się, bucząc, przez powietrze, zabrzęczała pszczoła albo też ryba, której się ni stąd, ni zowąd zachciało zobaczyć boży świat, cisnęła się z wody rozpryskaną tęczą. Cały świat pił słońce jak mocne wino, więc leżał w miłym odurzeniu, czekając deszczu wieczornej rosy. Kiedy zaś zaczęła padać, kwiaty rozchyliły purpurowe usta, prostowały się trawy, liście szumiały radośnie.