— Jestem. Hi! Hi! Jestem, kapitanie — mówił, śmiejąc się, zbójca z pucołowatą gębą, tak świecącą, jakby była pomazana tłuszczem.
— Czy zawsze musisz się śmiać?
— Hi! Hi! Kapitanie, nawet wtedy, kiedy mam zarżnąć człowieka.
— Precz mi z oczu! Niech tu stanie Krowiogon!
Z wieńca zbójców wyszedł wielki dryblas, który miał czarne włosy zaplecione w warkoczyki.
— Jestem, kapitanie!
— Goliat!
— Jestem!
— Wystąp!
Od ogniska podniósł się malutki, pulchny człowieczek, nie większy od dziesięcioletniego chłopca. Miał srodze nastroszone wąsy, a u kapelusza pióro tak wspaniałe, że się wlokło za nim po ziemi.