— Jazda! Gdzie ten chleb?
— Zaraz będzie!
Wleźli do ciemnej komórki i nawet nie patrząc, od razu znaleźli chleb, samym węchem. Jacek ukrył go za koszulą; obejrzeli szybko izbę, szukając, co by się jeszcze dało zabrać, i wyjrzawszy przez drzwi, czy matka nie wraca, wybiegli na pole. Puścili się pędem przez łąki i nawet się nie obejrzeli. Umieli biec z wiatrem na wyścigi jak zające. Skakali przez rowy i rozpadliny, przedzierali się przez leszczyny i głogi. Uciekali z tym mizernym bochenkiem chleba, jakby unieśli skarb. Gnali, nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd.
Ubiegli tak wiele mil i znaleźli się w głuchym pustkowiu. Nagle Jacek zwolnił biegu i zatrzymał się zdumiony, obok natychmiast przystanął Placek.
— Co się stało? — zapytał. — Czemu stanąłeś?
— Nie wiem — odrzekł Jacek. — Sam dobrze nie wiem. Zdawało mi się, że ktoś nas woła...
— Zdaje ci się, to las szumi...
— Zdawało mi się, że ktoś płacze.
— Nie powiadaj głupstw. Kto by płakał w tym pustkowiu?... To wiatr tak zawodzi...
— O, nie! Posłuchaj!... Cicho!... Słyszysz?