— Coś słyszę... Słyszę głos podobny do głosu naszej matki!...

— Naszej matki?

— Ale to śmieszne... Żaden człowiek na świecie nie potrafi tak płakać, aby go było słychać na dziesięć mil. Zresztą nasza matka zawsze cicho płakała. Chodźmy dalej!

— Chodźmy! — rzekł twardo Jacek.

Szli znowu nieumęczenie, bo mieli doskonałą wprawę. Śpieszyli się tak, jakby czym prędzej pragnęli się znaleźć w tym błogosławionym kraju, w którym praca jest nieznana, gdzie zamiast kartofli rosną ananasy, a zamiast żywicy najsłodszy miód ciecze po pniach sosen. Jacek jednak szedł z większą trudnością niż Placek i kilka razy potknął się na nierównej ziemi, pełnej wyrw i rozpadlin.

Otarł pot z czoła i rzekł:

— Trudno mi iść, bo ten chleb zaczął mi od niejakiego czasu dziwnie ciążyć.

— Zjedzmy połowę, to ci będzie lżej.

— Pierwej nie był taki ciężki — mówił Jacek zamyślony.

— Zmęczyłeś się, więc ci się tak wydaje. Dobiegnijmy do tego wielkiego dębu, który stąd widać, tam odpoczniemy i tam przełamiemy chleb.