Znowu zaczęli iść i po godzinie doszli z wielkim trudem na szczyt wzgórza, nad którym jak olbrzymi, wspaniały parasol rozpostarł się odwieczny dąb. Legli na trawie, ciężko dysząc.

Kiedy cokolwiek71 odpoczęli, Placek nagle roześmiał się głośno.

— Co się stało? — zapytał Jacek. — Czego rżysz jak koń?

— Śmieję się, bo sobie pomyślałem, jaką minę miała nasza matka, kiedy nie znalazła ani nas, ani chleba... Cha! Cha! Cha!

— Może nas przeklina? — zapytał Jacek.

— O, głupi Jacku! Ona nie przeklęłaby nawet muchy. Zresztą jesteśmy już tak daleko, że żadne przekleństwo nie doleci. Dawaj chleb!

Jacek sięgnął za koszulę i zaczął z dziwnym trudem wydobywać bochenek.

— Czemu tak marudzisz? — wołał Placek zniecierpliwiony.

— Sam nie wiem — odrzekł Jacek bardzo zmieszany — ale ten chleb coś dziwnie uczynił się ciężki. Pomóż mi!

Placek sięgnął i z trudem wydobył obiema rękami chleb. Stał się on tak ciężki, że upadł na ziemię.