— Przełammy go — rzekł Jacek.
Podnieśli bochenek z ziemi i usiłowali go przełamać.
— Co to jest? — zawołał Placek. — Nie był on tak czerstwy, kiedyśmy go znaleźli. Spróbujmy zębami.
Rozwarł szeroko usta i chciał ugryźć bochenek, lecz nagle krzyknął boleśnie, bo omal nie wyłamał wszystkich zębów.
Spojrzeli na siebie z przerażeniem.
— Ten chleb jest z kamienia! — wykrzyknął zdumiony Placek. — Ach, ta nasza zła matka tak sobie z nas zakpiła!
Jacek zamyślił się i rzekł ponuro:
— A może to nie ona? Matka nas nigdy nie oszukała... To niemożliwe... Ten chleb odmienił się przez czary. Kiedy go ukradłem, był piękny, popękany i rumiany i nie był wcale ciężki. Spojrzyj, jak wygląda teraz: jest szary i bardzo ciężki. To dlatego nie mogłem go udźwignąć... Źle, Placku! Ktoś nas prześladuje...
— To kara boska! — krzyknął ktoś ponad nimi.
Z przerażeniem zadarli głowy i ujrzeli na dębowej gałęzi olbrzymiego kruka, który był zupełnie biały i patrzył na nich mądrymi oczyma z pogardą i lekceważeniem.