— To ty przemówiłeś do nas? — zapytał drżący z trwogi Jacek.
— Ja! — odrzekł kruk.
— A czegóż ty od nas chcesz?
— Gdybym był młodszy, tobym wam wydziobał oczy i wyjąłbym wam serce. Nie uczynię tego jednakże, bo to by była zbyt mała dla was kara! Nie! Nie tknę was, bo oczy macie złe, a serca robaczywe.
— Nie boimy się ciebie! — krzyknął Placek.
— Wy się też mnie nie bójcie, lecz Pana Boga! Ukradziony głodnej matce chleb zamienił się wam w kamień, ale najlepiej by było, abyście wy się zmienili w kamienie. Jesteście źli i wstrętni. Ziemia wstydzi się, że po niej chodzicie...
— A skąd ty o tym wiesz? Czyś taki mądry?
— Jestem mędrszy od siedmiu mędrców. Pióra moje są białe od starości, bo narodziłem się wtedy, kiedy słońce było jeszcze dzieckiem, a gwiazdy jeszcze się nie narodziły. Znam wszystkie mowy tego świata i przeczytałem wszystkie księgi. Byłem w arce Noego72 i na wierzchołku góry Ararat73. Widziałem wszystko i wiem wszystko. Jestem tym krukiem, który nosił chleb Danielowi74 w lwiej jamie.
— A cóż ty takiego wiesz?
— Wiem, że przekleństwo ścigać będzie dziecko, co skrzywdziło matkę. Wiem, że pierwszą osobą po Bogu jest matka. Wiem, że zginiecie marnie, jeśli Bóg wam nie przebaczy i jeśli wam nie przebaczy matka wasza. Kra! Kra!