— Nie kracz tak strasznie! Nie wierzymy w to, co mówisz. Nasza matka myśli, żeśmy pobiegli w pole i że niedługo wrócimy.
— Wasza matka leży w tej chwili na progu domu jak nieżywa. Widzę ją ze szczytu dębu. Jej serce wszystko wie, więc wie i o tym, żeście ją zostawili na głód i na poniewierkę.
— Jeśli jesteś taki mądry, to nam powiedz, czy bardzo nas przeklinała.
Krukowi, kiedy to usłyszał, oczy zapłonęły szkarłatnym blaskiem.
— Chłopcy niegodziwi! — zakrakał potężnym głosem. — Wasza matka, zanim legła jak nieżywa, modliła się gorąco o to, aby was nic złego nie spotkało. Tylko dlatego was nie zabiję was. Precz, precz z moich oczu!
Wykrzyknął to takim chrapliwym i groźnym głosem, że chłopcy pobledli. Udawali dotąd, że się wcale nie lękają tego sędziwego ptaka, jednak naprawdę serca w nich zamarły, kiedy do nich zagadał ponuro. Kiedy więc kazał im iść precz, porwali się z ziemi i pobiegli w dół ze wzgórza przez gąszcz krzewów. Głogi chwytały ich kolczastymi palcami za suknie, giętkie leszczyny smagały ich dotkliwie. Poza sobą długo słyszeli przeraźliwy głos kruka, biegnący za nimi jak grzmot. Myśleli też, że za nimi wali szumiąca burza, a to dąb wspaniały i z sercem wzniosłym, usłyszawszy o ich sprawach, rozszumiał się w wielkim gniewie i musiał załamać ze zgrozy potężne ramiona konarów, tak że aż trzeszczały.
Zziajani, głodni i przerażeni biegli długo, nie przemówiwszy do siebie ani słowa. Pędzili bezdrożem, okolica bowiem była pusta i bezludna. Za nimi biegł niewidzialny i niesłyszalny strach, ale czasem czuli na plecach zimne mrowie, jakby jego lodowaty oddech. Czupryny mieli zlepione mokrością potu, suchość w gardłach i ognie w żołądkach. Biegli już resztkami sił, a to było najgorsze, że biegli bez tchu, byle przed siebie, byle jak najdalej.
Tymczasem zapadała noc. Niebo pobladło, jakby z rozpaczy, że za kilka chwil nie ujrzy już słońca. Mrok, przez dzień śpiący w komyszach75 jak dzikie zwierzę, budził się już ze snu, przeciągał leniwie i wypełzał powoli ze swoich ciemnych kryjówek. Zerwał się wiatr i jak pies tropiący po śladach biegał tam i sam76 wśród zarośli, które zakwitały dziwacznymi kwiatami cieniów, zanim je noc nie zakryła. Pod nogami chłopców zachlupotała czasem woda i bulgotała jakby w gniewie, że ktoś ją rozprysnął ciężką stopą. Noc zaczęła gadać dziwnymi głosami: mruczeć i szeleścić, jęczeć i wzdychać. Ciężkimi, jakby wzdychającymi głosami zaczęły się nawoływać jakieś strachy czy wilkołaki. Czarne nietoperze śmigały szybko wykrętnym lotem, jak myśli złego człowieka. Wiatr zwęszył pierwszą gwiazdę i myśląc zapewne, że to jest złoty ptak, uganiał po chaszczach i piął się z piskiem i skowytem po pniach wysokich drzew, aby pożreć złotego ptaka. Drzewa zmieniały się w strasznych olbrzymów, a krzaki w jeszcze straszniejszych karłów. Wszystko było dziwne i przerażające...
Chłopcy patrzyli dokoła z trwogą i gnali przed siebie, straciwszy wszelką drogę i kierunek. Trwożył ich każdy krzak, a każdy zwalony pień zdawał się po nich wyciągać macki; nadaremnie wyglądali jakiegoś światełka, nadaremnie nasłuchiwali ludzkiego głosu. Chcieli odpocząć, odpocząć za wszelką cenę, lecz trwoga niosła ich wciąż naprzód, a lęk podcinał ich jak biczem.
Nagle Jacek krzyknął. Zdawało mu się, że ujrzał dwa czerwone światełka.